Koniec serii zwycięstw Energi Toruń. Losy meczu z Zagłębiem Sosnowiec rozstrzygnęła fatalna pierwsza połowa. Brawa jednak należą się za ambicję po przerwie i walkę do końca. Kibice pożegnali toruński zespół brawami na stojąco.
Energa Toruń – MB Zagłębie Sosnowiec 69:83 (16:29, 10:20, 24:15, 19:19)
Energa: Johnson 28 (1), Kapinga Maweja 14, 15 zb., Preihs 13 (3), 7 as., Tarkovicova 10 (2), Batura 3 oraz Grządziela 1, Ustowska 0, Śmiałek 0, Weber 0.
MB Zagłębie: Taylor 25 (6), Reese 20, 11 zb., Pyka 12 (2), Burliga 10, Tadić 7 (1) oraz Kurach 6, Jackowska 3, Niedźwiedzka 0, Kuczyńska 0, Klobukowska 0.
W meczu dwóch sąsiadów w tabeli Energa musiała sobie radzić mocno osłabiona. W składzie zabrakło Sarah Sagerer. Doświadczona i wszechstronna skrzydłowa z Austrii choruje od dłuższego czasu. Wróciła na mecz z Wisłą Kraków, pomogła Katarzynkom wygrać, ale potem jej stan się pogorszył i w sobotę zabrakło jej nawet na ławce.
Tymczasem Zagłębie stawiło się w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń w pełnym składzie, już z Sydney Taylor i Martyną Pyką, które były nieobecne w poprzednim meczu z Artego Bydgoszcz.
Amerykanka, najlepsza snajperka ligi ze średnią 25 punktów na mecz, zaczęła z zapałem trafiać od pierwszych minut meczu. To dzięki niej w połowie 1. kwarty przyjezdne prowadziły już 14:4. Energa w tym czasie miała duże problemy w ataku, nie tyle z samą skutecznością, co z kreowaniem swoich akcji (aż 5 strat przy czterech rzutach z gry). Taylor w 1. kwarcie miała na koncie już 16 punktów, trafiając cztery razy z dystansu na pięć prób.
Wiceliderka klasyfikacji strzelczyń Asianae Johnson miała dużo większe problemy. Swoje pierwsze punkty w meczu zdobywała z wolnych, a na trafienie z gry musiała poczekać do ostatniej akcji inauguracyjnej kwarty. W 2. kwarcie w rolę punktującej strzelby Zagłębia wcieliła się druga z Amerykanek, Catherine Reese i przewaga rywalek urosła szybko do 18 punktów.
Kluczem do zwycięstwa Energi w tym meczu miała być obrona, ale to gospodynie miały większe problemy w ofensywie. Przez pięć minut 2. kwarty tylko dwa razy piłka trafiła do kosza z gry po rzutach Johnson, a wynik w 15. minucie brzmiał już bardzo groźnie – 21:41. Seria 14:2 sosnowiczanek w tej kwarcie praktycznie przesądziła o losach meczu, bo pod koniec połowy ich przewaga sięgała już 28 punktów. Skuteczność z gry w tym czasie naszego zespołu wyniosła zaledwie 21 procent (7/33).
Były to z pewnością jedne z najgorszych 20 minut Katarzynek w tym sezonie. Tym bardziej warto docenić to, co wydarzyło się po przerwie. Nasze koszykarki nie zwiesiły głów, nie oddały punktów za darmo rywalkom. Po przerwie wrócił na parkiet inny zespół. Torunianki odpowiedziały taką samą fizycznością i agresją, oddawały faule, poprawiły defensywę i wreszcie też zaczęły częściej trafiać.
Johnson wymuszała faule i była bezbłędna w wolnych, La Mama Kapinga Maweja walczyła jak lwica pod koszami o zbiórki, Weronika Preihs zaczęła trafiać z dystansu, a w obronie z powodzeniem zaczęła odcinać od piłek Taylor.
Przewaga Zagłębia zaczęła topnieć. W 3. kwarcie udało się zredukować straty o połowę z rekordowych 28 punktów, w czwartej kwarcie było w pewnym momencie już -10, a na początku ostatniej minuty było tylko 69:76 po „trójce” Preihs, co oznacza, że Katarzynki w niespełna 20 minut odrobiły aż 21 punktów. Na więcej zabrakło już jednak czasu i piękna seria zwycięstw naszej drużyny zatrzymała się na pięciu.
Kolejny meczu to wyjazdowe derby z Artego Bydgoszcz w niedzielę, 21 grudnia.
Robert Berent






